Rozkminy przy kuflu

Rozkminy przy kuflu #9: Najlepsi z najlepszych na opak, czyli odwróć tabelę a oni będą na czele

on

Zawodnik MMA wchodzi do ringu/klatki głównie po to, aby wygrać. To sprawa tak oczywista jak to, że jestem do bólu złośliwym człowiekiem z naturą obrzydliwego hejtera. Ale czy na pewno? Okazuje się, że niekoniecznie. Istnieje całkiem pokaźna grupa zawodników, których jedynym sensem życia jest zebranie kilku soczystych cepów w twarz i zainkasowanie za to nagrody. 

Jeśli lubisz czytać o najlepszych z najlepszych, jeśli chcesz poznać prawdziwych mistrzów naszego ukochanego sportu – to w tym miejscu zakończ czytanie tego wpisu. Przepraszam za zmarnowanie 3 minut i przepraszam uprzejmie, jeśli poczułeś zawód.

Jeśli dalej tu jesteś, to znaczy, że chcesz poczytać o zawodnikach, którzy smak wygranej poznali najczęściej w wyniku nieszczęśliwego przypadku. Rozsiądź się wygodnie, zapraszam do lektury.

Muszę zaznaczyć, że artykuł ma charakter tak lubianego przeze mnie roastu. Jeśli to pojęcie jest Ci obce, nie musisz kontaktować się ani z lekarzem, ani z farmaceutą – skontaktuj się z kimś mądrzejszym, kto Ci to pojęcie rozjaśni. Wpis nie ma na celu nikogo obrażać, poniżać. Dziękuję za uwagę i ponownie zapraszam do zapoznania się z wpisem.

Sean Salomon (18-21)

W tym wypadku można by rzec – miłe złego początki. Z rekordem 9-1 dostał się do UFC. Karierę w UFC wybił mu Rashad Evans pięknym high-kickiem (bodajże jedynym w jego karierze), całkowicie wyłączając prąd Seanowi. Sean znajduje się teraz na fali jedenastu porażek i od pięciu lat nie stoczył ani jednej walki, zatem prawdopodobnie nie zdoła już poprawić swoich (nie)wątpliwych osiągnięć.

Shaun Lomas (25-76-0)

Zawodnik który stoczył ponad sto walk ma w teorii prawo nazwać się Legendą i taki przydomek dumnie nosi Lomas. Wielka szkoda, że na 101 walk przegrał aż 76, co jego legendę stawia w niezwykle wątpliwym świetle. Lomas w swojej karierze przegrywał m.in z Krzysztofem Kułakiem. Aktualnie Shaun znajduje się na fali dwóch wiktorii – jest to jego drugi najlepszy winstreak w karierze. Szczytową formę osiągnął w 2015 roku, kiedy to wygrał trzy walki z rzędu – a rok zamknął z bilansem 4-5. To jednak zdecydowanie za mało, by przejść do historii jako legenda sportów walki.

Shannon Ritch (57-87, 4NC)

Pierwszy rzut oka na jego rekord i można pomyśleć „Eee, nie jest źle, wygrał niemal 60 walk!”. Drugi rzut oka i cały misterny plan w pi…, wiadomo co. Ritch zaliczył aż 87 porażek i jest to jeden z wątpliwych rekordów ustanowionych w MMA.

Ross Pointon (6-10)

Jeśli ktoś nie zwróci w pierwszej chwili na rekord tylko na nazwiska z jaki potykał się Ross, można odnieść wrażenie, że nie było najgorzej. Niestety, było. Z rekordem 4-6 trafił do trzeciej edycji TUF-a, przegrał dwie walki a na gali UFC FN 8 udowodnił, że zaangażowanie go było jedną z największych pomyłek UFC w historii. Dużo większą, niż trzymanie Artema Lobova.

Johnathan Ivey (41-57, 1NC)

Podobnie jak Ritch, Ivey wygrał sporo walk, jednakże jeszcze więcej przegrał. W ostatniej walce, mając na widelcu weterana Travisa Fultona poddał walkę, by oszczędzić idola. Szlachetny czyn. Aczkolwiek całokształt kariery Iveya to jednak koszmarna pomyłka.

Jay Ellis (15-81)

Pora wytoczyć cięższe działa, co w wypadku zawodnika kategorii lekkiej może brzmieć nieco komicznie. Rekord Ellisa mówi sam za siebie – jak wygra, to jedynie przypadkowo. Co ciekawe – wygrał z Geraldem Meerschaertem, pogromcą Oskara Piechoty, dla którego była to debiutancka walka oraz byłego dwukrotnego mistrza Bellatora, Daniela Strausa. Ten pierwszy „pomścił” swoją porażkę, drugi wciąż czeka na okazję.

Kenneth Allen (1-41)

Zawodnik bliski idealnego rekordu, niestety w walce z Cory’m Simpsonem utracił zero w rekordzie. Aktualnie płynie na fali 29 kolejnych porażek i nic nie wskazuje na to, by ta sytuacja miała się zmienić. Ciekawi mnie jedno – kto w ringu wykazał większą dozę zdziwienia. Allen czy Simpson – podejrzewam, że wygrana Kennetha była szokiem dla wszystkich obserwatorów tejże gali.

Janusz Dylewski (2-22-0)

Teraz pora na polskie podwórko. Janusz to znak firmowy gal PLMMA – zawsze zwarty i gotowy do tego, by do swojego konta dopisać porażkę a komuś podarować wygraną. Skoro przegrał nawet z taką personą jak Michał Piszczek, to w zasadzie nie ma o czym dalej mówić. Janusz od ponad dwóch lat nie stoczył ani jednej walki, więc prawdopodobnie nie zobaczymy już go na scenie. Dwie wygrane odnotował nad śp. Józefem Warchołem.

Dawid Haras (0-19)

Haras znany także jako Harnaś to już legenda polskiej sceny MMA. Człowiek błyskawica, wszystkie walki zakończone w pierwszej rundzie. Nigdy nie utracił zera w rekordzie. Dawid zakończył karierę, ale miejmy nadzieję, że jeszcze wróci. Polska scena MMA bez Harasa będzie jak tani, wiejski sklep monopolowy bez Harnasia. Da się? Jasne, że da, ale co to za sklep?!

Wesley O’Neil (0-9 PRO, 0/1*-34 AM)

Jeśli ktoś pomyślał do tej pory, że już gorzej już nie można, to okazuje się, że:

Wesley przegrał łącznie 43 walki, wszystkie w karierze. Lose-streak równy 43 brzmi jak jakiś niesmaczny żart, ale niestety, to prawda. Zawodnik przegrywał absolutnie wszystko, co się dało w tak ekspresowym tempie, że całość jego kariery można by streścić w Teleexpressie i jeszcze zostałoby nieco miejsca na materiał o bójce pod sklepem w Pieczarkowicach Wielkich. Mogę zagwarantować, że walka żuli spod tego sklepu zapewniłaby większy poziom niż wyczyny tego dżentelmena.

* Wg sherdoga Wesley wygrał jedną walkę amatorską, ale cóż zmienia ta kropla w oceanie beznadziei?

 

About Piotr Górski

Fan ACB, FNG i innych rosyjskich federacji. Zwolennik hasła "Less show, more fighting".

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *